GŁÓWNA
WYNIKI
GALERIA
TESTY/OPINIE
KSIĘGA GOŚCI


Michał Dobrzyński
Warszawa
tel. 501432712
e-mail:  kliknij tu




Witam na mojej stronie.



Dosier
Imię: Michał
Nazwisko: Dobrzyński
Pseudo: Atlas
Data urodzenia: 04.09.1975
Wzrost: 180cm
Waga: 70-73kg
Miejsce zamieszkania: Warszawa-Bródno
Pierwsze starty od: 2001roku
Klub: Od samego początku Legion-serwis
Rower MTB: Kelly's Sabotage
Rower szosowy: Kelly's URC 7,9
Hobby: kolarstwo, komputery, fotografia, obcowanie z przyrodą.
Rodzina: Żonka Kasia i córcia Natalia
Wady: Za dużo pracuję za mało czasu poświęcam rodzinie, mówcie do mnie głośniej gdyż należe do grupy osób z niedosłuchem.
Co lubię: Jak radosna jest moja rodzina, jak inni są zadowoleni z mojej pracy, jak ktoś mnie doceni!
Motto: Pomagać innym.


Foto Marcin Górajec


Newsy
20-07-2010

11.07.2010 odbył się kolejny Polandbike, tym razem w miejscowości Urle.
Znałem tą trasę ze startu w pierwszych drużynowych mistrzostwach Polski, które właśnie organizował Grzesiek Wajs org. Polandbike. Wiedziałem co mnie czeka, a i forma po Zakroczymiu też była dobra, zabrałem też moje dziewczyny.
Nie nudziły się w czasie maratonu, gdyż w miasteczku było naprawdę sporo otrakcji dla mojej małej Natalci.



Zabrałem też kolegę Piotra Romaszewskiego wraz z małżonką Agnieszką, która dopingowała Piotra na maratonie. Nawet moja mała Natalcia zmotywowała Piotra do walki :-)



Tradycyjnie o 11 start, od początku prowadzę peleton jadę spokojnie za skodą orga, która nieźle kurzy i brakuje nam powietrza, na szczeście na jednym z zakrętów zostaję i dalej jedziemy już sami.



Po kilku km na szosie atakuje jakis mało znany mi kolarz ale nikt nie reaguje, uzyskuje on szybko przewagę ok 300m by w tym właśnie momencie peleton ruszył jakby mocniej.
Dojeżdżamy do skrzyżowania gdzie kiedyś skręcało się w lewo i robiło sie taka pętle, teraz jest sakręt w prawo i od razu tempo zaczynają dyktować Paweł Baranek i Irek Grusczyński, a za nimi ustawi się Daniel Pepla. Ja na nieszczeście właśńie wtedy schodziłem ze zmiany i schowałem się na 6 pozycji za kolarzami z Trek Gdynia.
Dojeżdżamy do piachów i tu ktos puszcza koła Danielowi i we trzech oddalają sie powoli od naszej grupki. Mam nadzieję, że jednak dojdziemy gdyż ekipa jest dość mocna.



Spoglądam też na kategorię w pierwszej grupie jest Irek i Daniel z mojej kat, a w mojej Sebastian, Tomek Pazio i ja chodż nie byłem pewienczy któryś z kolarzy Treka też nie jest w naszej.
Trzeba było kalkulowac jak jechać ale, że noga podawała postanowiłem dawać mocne zmiany z Sebastianem i kolegami z Treka. Już byłem pewien, że dojdziemy grupkę jak na końcu pierwszej pętlimieliśmy do nich ok 200m.



Niestety po wjechaniu na druga pętle coś w grupie pęka i zaczyna się czarowanie jak by każdy czekał na na finisz. Jeszcze koledzy z Treka dawali zmiany ale tez nie takie mocne.
Im bliżej mety tym większe kombinacje, a my jedziemy coraz wolniej. Dojechał do nas jakiś młody chłopak i od razu wyszedł na prowadzenie co podniosłood razu tempo.
Poprawiłem jeszcze kilka razyna zmianie by zmęczyć chłopaków, a było naprawde upalnie w ten dzień i czekałem przyczajony na 3/4 miejscu na finisz. Nie spodziewałem się, że finisz zacznie się ok 1km przed kreską za sprawą tego młodego chłopaka.
Poszedł mocno, za nim chłopaki z Treka, ja schowałem się za Sebastianem i czekałemna ostatnią prostą. Ostry zakręt w lewo tu młody wypada z trasy, a na prowadzenie wychodzą chłopaki z treka, za nimi atakuje Sebo i wyprzedza powoli obu i zawisa 3m przed nimi wtedy postanawiam zaatakować.



Wychodzę z za pleców i ogień zostało może 100m moc jest jadę 49km/h mijam Seba i nie oglądam się aż do kreski, gdzie wpadam pierwszy z grupy.



Wynik to 4 open i znowu 3 w kat z czasem 01:33:22.



Podsumowując forma jest, mimo takiego upału jaki był ok 36 stopni w cieniu daliśmy rade pokonać 50km ze średnią prędkością 32km/h. Oczywiście trasa płaska i lekko piaszczysta ale i na takiej trasie można sie mocno zmęczyć.

20-07-2010

04.07.2010 wystartowałem w maratonie Polandbike, który odbył się w miejscowości Zakroczym. Miejscowość ta była już w cyklu polandbike za sprawą górskiej premi maratonu w Nowym Dworze, który odbył się w 2009roku.
Tereny nie były jakieś powalające ale dla kilku miejsc warto było przyjechać i się pościgać.
Poranek nie należał do udanych, gdyż mocno zaspałem i wszystko musiałem robić w biegu. Niestety to też sprawiło, że nie pojechały ze mną moje dziewczyny Kasia i Natalia.
Na miejsce dotarłem ok 10:10 i miałem naprawdę mało czasu na przygotowanie. Kolega Jacek dał mi troszkę isostara bo tak pojechał bym na wodzie, a szykował się upalny dzień.
Start jak zwykle o 11, początek szosą i ostre tempo podyktowane przez Daniela Peplę sprawiło, że już na początku utworzyła się kilkunasto osobowa grupa kolarzy. Selekcja zaczęła się w terenie, a pierwszą ku temu okazją była tzw. Wajsgóra, czyli 30m bardzo strome podejście, po którym na lekko piaszczystej drodze zaatakował jeden z kolarzy, który chciał dojechać do samotnie jadącego Daniela.
Nie namyślając się skoczyłem mu na koło wraz z jeszcze jednym zawodnikiem zostawiając resztę z tyłu. Wiedząc, że jeden z rywali Jakub Wolcendorf już odpadł z powodu kapcia miałem szansę na naprawdę dobry wynik.
Wszystko szło jak trzeba, dogoniliśmy Daniela i zaczeliśmy współpracować, aż dojechaliśmy do twierdzy modlin, gdzie organizator uatrakcyjnił trasę zeszłorocznego Nowego Dworu w postaci mega stromego zejścia i przejazdu przez tunel twierdzy oświetlony pochodniami.



Jechałem 2 za Danielem, po zejściu chciałem wsiąść na rower lecz napęd zaczął mi skakać i bałem się, że znowu coś z łańcuchem. Zatrzymałem się na chwilę i spadłem na 4 miejsce, niestety próby dogonienia współpracujących kolarzy nie przyniosły efektu ale nie oddalali mi się zbytnio.
Trzymałem dystans ok 200m i szukałem okazji na dojście ale kolejny pech czyli trawa w kasecie spowodowała kolejny postój i tym razem grupa mi odjechała na dobre.



Widziałem z tyłu w odległości 300m grupkę goniącą mnie więc postanowiłem się nie dać i sam powalczyć o 4 miejsce open. Gdzieś przed końcem pierwszej pętli dochodzi do mega pomyłki grup jadących za mną tak, że wyjeżdżają mi dokładnie na przeciw co mnie mocno wkurza.



Chwila dekoncentracji powoduje kolejną stratę czasową ale po chwili jadę dalej i oddalam się od grupy, która pomyliła trasę.
W Zakroczymiu jestem 4 na pierszej pętli ale nie wiem gdzie jest ta grupa za mną,



cisnę ile sił podchodzę "wajsgórę", następnie zejśćie i tunel, widzę że na szosie czeka na mnie kolega, któy złapał kapcia i chce się poprostu przejechać. Siadam na kole i zaczynam współpracować, jedziemy po zmianach do miejsca spotkania grupy,która pomyliła trasę, tu na piaskach postanawiam docisnąć zostawiając kolegę z tyłu.



Na metę wpadam 4 open i 3 w kat z czasem 01:39:46 i jestem bardzo zadowolony. Podsumowując organizator natrudził się mocno uatrakcyjniając nam trasę w postaci mega podejść, zejść, czy tuneli z pochodniami co było naprawdę pięknym przeżyciem i za to daję wielki plus.
Dziękuję też za fotki "alfi" oraz Jackowi Prądzyńskiemu.

05-07-2010

27.06.2010 wystartowałem w kolejnej edycji Legia MTB Maraton. Maraton ten został przeniesiony z miasta Czerwińsk do Nacpolska ze względu na sytuację powodziową po ostatnich zalaniach przez Wisłę.
Trasa miała być szybka, płaska więc spodziewałem się bardzo ostrego tempa. Pogoda jak to na maratonach Legii znowu dopisała i było bardzo upalnie, co poprawiło znacznie frekwencję startujących.


Ja chciałem utrzymać się z pierwszą grupą co było moim priorytetem. Ruszyliśmy jak zwykle o 11, początek ok 2km szosa, dalej polnymi szerokimi drogami kierowaliśmy się w stronę lasów, by tam wbić się w trudny technicznie odcinek. Właśnie tam zaatakował Daniel Pepla z naszego teamu, ja jechałem 3 za Radkiem Rękawkiem ale tempo podyktowane było dla mnie zbyt mocne i się zacząłem dusić.
Wyprzedzili mnie Artur Pelucha, Marcin Michalczewski i Jarek Ziółkowski i wyjechaliśmy z tego trudnego terenu, co pozwoliło mi złapać oddech. Strata nie była duża ok 50m ale tempo nie dawało mi szans na dojście do grupy. Za plecami pojawił się mój dobry rywal Piotr Grodzicki, którego gorąco pozdrawiam, siadłem mu na kole i zaczęliśmy doganiać grupę.
Gdy zostało nam może z 10m nagle mój napęd zaczyna strzelać i pierwsza myśl znowu ten cholerny łańcuch ale patrzę w kasecie siedzi mi kawałek gałęzi, która powoduje strzelanie łańcucha, kręcę do tyłu podskakuje i nic. Wyprzedzają mnie kolejni zawodnicy a ja nie mogę jechać więc zatrzymuje sie na chwilę wyjmuje gałązkę i ruszam ale strata znowu jest ok 50m więc wiem, że będzie ciężko.
Dojeżdża do mnie Andrzej Jastrzębski z naszego teamu więc myślę sobie razem damy radę, zaczynam gonić i widzę, że się zbliżamy. Na prostej proszę Andrzeja o zmianę ale ten nie chce mi jej dać mimo kilku próśb o chwilową zmianę co mnie bardzo zdenerwowało.
Postanawiam nie patrzeć na kolegę tylko jechać dalej swoje, grupa wisi ok 40m przed nami, a ja tracąc siły nie mogę ich dogonić. Na prostym odcinku widzę odpadającego Marcina Michalczewskiego także z naszego teamu wiec postanawiam dojść jego i dalej razem już pociągniemy.
Marcin siada na kole i zaczynam wreszcie jechać po zmianach co daje mi chwile wytchnienia i szansę na pogoń ale Andrzej nie ma zamiaru dalej nam pomagać.


Na szosie mamy do grupy ok 100m ale we 2 będzie ciężko teraz ich dojść ale próbować trzeba. Przejeżdżamy przez matę i dojeżdżamy do technicznego odcinka, który znajdował się na żwirowni, był tam zjazd po piasku oraz lekko stromy podjazd ale piasek powodował dość duże problemy z podjechaniem jego.
Postanawiam właśnie tam docisnąć i odskakuje na 10m Marcinowi, a za nim jedzie Andrzej. Bufet i myle trasę wrrr zawracam dojeżdża Marcin i razem dajemy w palnik i odjeżdżamy Andrzejowi co mnie szczerze ucieszyło po jego zagrywkach.


Niestety grupa odskakuje nam na 300m więc nie widzę szans na dogonienie jej ale dalej jedziemy swoje. Wjeżdżamy na szosę jedziemy, nie ma oznakowań moment zawahania i Marcin mówi że tam była szarfa w bok ja widziałem jak grupa jechała prosto ale zawracam bo ogólnie oznakowanie jest praktycznie tylko szarfami/
Cofamy się i widzę szarfę skierowaną w pole więc jedziemy tam ale okazuje się że po 200m droga się kończy w szczerym polu kur... mać znowu coś!
Na przeciwko dojeżdża Andrzej, który widział nas jak skręcamy w pole, więc biegniemy w trawie po kolana na szosę wsiadamy i ogień. Po chwili spoglądam Andrzeja nie ma hmm dziwne, Marcin wkurzony postanawia zjechać z trasy do mety, a ja skoro już przyjechałem jadę dalej swoje.
Po chwili widzimy auto organizatora i informujemy i dziwnej taśmie i o dziwo stoi przy nim Daniel Pepla ostatni, który jechał z pierwszą grupą.


Okazało się, że uderzył pedałem w kamień i urwał SPD co nie pozwoliło mu na kontynuowanie jazdy i zrezygnował. Zostałem sam więc postanowiłem jechać na puls ok 160 uderzeń by wytrzymać tempo jazdy w pojedynkę. Po jakimś czasie widzę, że dochodzi mnie grupa z Marcinem, Andrzejem i jeszcze 3 czy 5 zawodnikami. Pytam się Marcina czy może jednak jedzie dalej ale on już zdecydował. Na rozjeździe odjeżdża w stronę mety, a ja kieruje się na drugą rundę.
Cały czas jadę ok 15m za grupką czterech zawodników z czego jeden w stroju Planja Racing Team daje mi zmiany, reszta ma to w nosie. Jedziemy w stronę, żwirowni więc postanawiam znowu odskoczyć licząc na to, że kolega z Planiji skoczy ze mną.
Niestety mój skok powoduje, że odjeżdżam sam i zyskuje nad grupką ok 400m, pogo grupy trwa ok 4km ale mnie dochodzą, więc wymyślam plan rozerwania grupy na każdym z podjazdów. Pierwszym takim momentem jest góra, na którym był rozjazd i tak robię.


O dziwo na kole siedzi mi Andrzej więc krzyczę daj zmianę ale jak zwykle słyszę nie mam siły o rzesz ty sobie myślę i jeszcze bardziej chcę urwać Andrzeja. Co górka to ogień, odpada po jednej z takich prób Pan Bartolewski , a troszkę wcześniej jego syn, który odstrzelił od czołowej grupy.
Mi też zaczyna brakować sił więc i ja zaczynam się oszczędzać bo ile można prowadzić! Została nam już tylko polna droga i szosa prowadząca do mety jedziemy razem.


Andrzej oczywiście siedzi za mną wiedząc, że zaatakuję, więc czekam na odpowiedni moment i ruszam z za pleców zawodnika Planji. Staje na pedały ale łapie mnie skurcz więc pedałuję na siedząco ale nie z taką mocą jak miałem, jeszcze zakręt w prawo gdzie mnie wynosi i muszę hamować powoduje, że Andrzej mnie wyprzedza i wyrywa z grupy - nie ma to jak szosowe cwaniactwo!


Podsumowując trasa cholernie szybka i bardzo łatwa ale i tak człowiek się mocno zmęczył, wynik końcowy to jedna wielka porażka.
Za zdjęcia pragnę podziękować Ani Witkowskiej, Marcinowi Górajcowi oraz Andrzejowi Hassowi

01-07-2010

Dzień po dniu starty.
20.06.2010 postanowiłem, że wystartuję w Łochowie, gdzie odbywała sie kolejna eliminacja maratonów Polandbike. Startując w 2009 roku bardzo mi się podobała trasa i liczyłem na podobną w tym roku.
Pogoda była idealna, nie było gorąco, lekkie zachmurzenie powodowało, że od czasu do czasu coś tam po kropiło. Byłem dobrze zmotywowany do tego startu i liczyłem na dobry wynik. Start tradycyjnie o 11 ruszyliśmy dość mocno za sprawą mocnego tempa Jarka Roszkowskiego. Oderwało się nas 5 i tak jechaliśmy do sekcji górek, na której odskoczył Paweł Baranek, a my podzieliliśmy się na 2 grupy.
W pierwszej jechał właśnie Jarek goniący Pawła Baranka, 10m za Jarkiem jechał Daniel Pepla i za nim ok 15m jechał Jakub Wolcendorf ze mną. Za plecami nie widziałem już nikogo.
Po jakimś czasie zjechaliśmy się i całą grupą goniliśmy Pawła, ostry skręt w lewo jakieś błoto i mała ale stroma hopka. Atakuję jako ostatni z grupy, słyszę strzał i widzę jak łańcuch spada i znika w piasku(co ja sobie wtedy myślałem ....).
Po kilku wulgaryzmach odstawiam rower i idę po łańcuch, kolejny zonk biorę łańcuch i mam go w dwóch kawałkach, gdyż spinka zniknęła gdzieś w piasku. Tym razem zabrałem skuwacz chyba z lekkim przeczuciem(pamiętajcie jak już raz wam strzeli albo zakładacie nowy łańcuch albo zakładajcie spinkę). Ja niestety z braków funduszy postanowiłem go zakuć kawałkiem który mi został.
Na przejażdżce nic się nie działo ale już po pierwszych górkach coś zaczeło mi pykać i widziałem jak lekko wygina się łańcuch ale nie spodziewałem się że to oznaka rozpięcia :((
Zabrałem się do zakuwania i miałem dużo problemów, gdyż nie dość że musiałem skracać jeszcze to zakuć musiałem w 3 miejscach. Strata była ogromna i jak już ruszyłem nie miałem ochoty na walkę.
Jedynym motywatorem była trasa, która troszkę rozczarowała(usunięto z niej sporą część sekcji górek na które tak liczyłem. Nie spodziewałem się, że ten defekt przyniesie straty ok 15min ale to zobaczyłem dopiero na mecie. Skupiłem się na równej jeździe w mocnym tempie z kadencją odpowiadającą mi najlepiej.

Foto Jacek Prądzyński

Wyprzedzałem kolejnych zawodników, jedni próbowali siedzieć na kole inni nawet chcieli dawać zmiany ale wszystko to na chwilę, dojechałem wreszcie do grupy z moim dobrym kolegą Piotrem Leczyckim. Krzyknąłem siadaj na kole i jechałem swoje.
Piotrek również skapitulował po 300m jazdy na kole i odpuścił(Piotrek i tak Ciebie podziwiam- bliźniaki to nie jedno dziecko!). Czułem zmęczenie ale dalej parłem do przodu chcąc stracić jak najmniej czasu do Tomka Pazia.
W pewnym momencie myślałem, że to on ale to był kolega z jego teamu :) Goniłem dalej, coraz ciężej było przeganiać zawodników, wreszcie trafiłem na grupkę 4 zawodników, których ledwo co dogoniłem. Dojechałem usiadłem chwilę na kole i ruszyłem z atakiem.
Praktycznie wszyscy siedli na kole, a ja nie zważając na to cisnąłem do przodu widząc kolejnego zawodnika, którym okazał się Paweł Zakowicz. Uśmiechnąłem się z faktu, że zostanę uwieczniony na jego kamerce okularowej ale najpierw posiedziałem na kole. Na jego szczęście doleciałem go przy błocie, które trzeba było minąć z buta i to spowodowało, że tych czterech kolarzy tam właśnie odpadło, a ja pognałem za Pawłem.
Miałem ubaw i lekkie zdziwienie, gdyż Paweł nie odwracał się tylko cisnął ile fabryka dała :-) Domyślałem się, że myśli iż go grupka doszła więc po jakiejś chwili postanowiłem pokazać mu się z boku by dał mi trochę wytchnienia :-)
Paweł szedł jak szatan więc się zastanawiałem co on tu robi, skoro ma takie tempo ścigania? Dalej praktycznie do samej mety jechaliśmy razem i tak też finiszowaliśmy. Na mecie okazało się, że straty były ogromne co mnie podłamało bo praktycznie straciłem szanse na walkę o podium w generalce PB.
29-06-2010

19.06.2010 wystartowałem w Szosowych Mistrzostwach Polski ze startu wspólnego, które odbyły się pod Kielcami w małej mieścince Piekoszewo. Były to moje pierwsze w życiu takie zawody!
Do startu w takiej imprezie upoważnia licencja kolarska masters, więc trzeba było taką wyrobić. Wyrobienie takiej licencji to nic innego jak opłacenie samejlicencji oraz ubezpieczenia i gotowe :-)
Do Piekoszewa nasza drużyna w osobach Maciej Rogulski, Andrzej Jastrzębski i ja przyjechała z Piotrem Bielińskim - głównym sponsorem grupy Mróz Action. Miałem okazję poznać trenera Andrzeja Piątka, który zawitał gościnnie na ta imprezę.
Moje pierwsze uczucie.
Człowiek poczuł się jak za dawnych lat czyli jak młokos startujący pierwszy raz w życiu na takiej imprezie :-) i te uczucie już dawno mi nie towarzyszyło. Przygotowania to norma, czyli rejestracja w biurze, sprawdzenie roweru, przypinanie nr startowego oraz standardowo rozgrzewka.
Tego dnia pogoda nie rozpieszczała było ok 13 stopni ale najważniejsze, że nie padało! Przed nami startowały jeszcze starsze grupy kolarzy, a my mieliśmy zaplanowany start na godz 11.
O 11:15 ruszamy początek spokojnie nikt się nie wyrywa tempo ok 45km/h, jest dość wąsko i kręto, więc o kraksę dośc łatwo. Wystartowało chyba ok 80 kolarzy więc wcale nie tak mało?
Lekki podjazd jakieś próby ataków przez kolegę Arka Szczerbiaka zostają szybko kasowane, tempo miejscami wzrasta do 60km/h ale peleton jedzie razem. Ja asekuracyjnie jadę w środku ale bliżej czuba.
Przychodzi pierwszy stromy podjazd i następuje atak odskakuje 6 kolarzy, a peleton odpuszcza gdyż jest dopiero 15km, a do mety miało być ok 90km. Grupka ta powiększa przewagę, a peleton jedzie swoim tempem. Myślę sobie szkoda, że nie pojechałem z nimi, a była okazja lecz nie jestem doświadczony w szosie więc się nie wychyliłem.
Zrobiliśmy pierwszą pętlę i dalej nie widać chęci na pogoń za ucieczką, dojeżdżamy do tego stromego podjazdu i widzę jak Ernest Kurowski(Mistrz Polski Masters 2009), coś kombinuję siadam na koło i zaczynamy iść mocno pod górę, niestety zagotowałem się tak, że o mało co nie strzeliłem od grupy ale jakoś się utrzymałem :-) oj dużo mi brakuje do liderów na szosie.


Zdjęcie z serwisu SPORTFOTO.

Grupa dalej jedzie razem ale widzę, że kolega z teamu Marcin Michalczewski oraz kolega z teamu Planja Paweł Goldewicz zaatakowali przed zakrętem postanowiłem, że i ja powinienem dać radę. Wchodzę ostro w zakręt i idę na maxa i się udało, odskakuję ale teraz trzeba dojść do chłopaków, a to już nie takie proste. Zawisłem 10m za nimi ale na szczęście dojeżdża do mnie Daniel Chądzyński(wyjadacz na szosie) i jeszcze 2 kolarzy. Dojeżdżamy do nich i zaczyna się praca.
Zaczynamy się oddalać więc jest ok nawet zaczynam wierzyć, że dojdziemy ucieczkę bo się nam pojawiła i zaczeliśy się do niej zbliżać. Uciekaliśmy chyba z 20km ale peleton mocno przyspieszył i przed tym głównym podjazdem nas doszli.
Oj kosztowało mnie to uciekanie, gdyż nie miałam już siły na walkę tylko na utrzymanie się w peletonie, który i tak już mocno zmalał. Jest 70km myśłę sobie jeszcze 20km więc może dojdę do siebie, jedziemy prostą drogą nagle przed nami gleba widzę jak 3/4 kolarzy zaczyna się przewracać więc uciekam w prawo inni w lewo jeszcze inni do rowu :-) istna masakra widziałem rower przelatujący obok swojej głowy!
Ta kraksa podzieliła jeszcze bardziej peleton, a mi się udało przeskoczyć do czuba peletonu uff, jedziemy dalej zaczyna być nerwowo, co chwila ktoś skacze i słyszę jak za mną jest jakiś zgrzyt. Znowu gleba okazało się, że w tej glebie uczestniczył nasz kolega z teamu Maciej Rogulski, który miał w planie zaatakować z peletonu. Skręcany z pętli w lewo przed nami ucieczka ok 300m to ich mamy ale patrzę, co jest to juz meta o co chodzi? Finisz z ucieczki wygrywa Bogdan Banaszek, a ja przejeżdżam z peletonem przez metę na 51pozycji czasem 01:55:09.
Podsumowując kolarstwo szosowe to zupełnie inna bajka. Nie liczy się, że jesteś super mocny bo sam tu nic nie zdziałasz, musisz być cwaniakiem aby wygrać!
Nie podobało mi się to, że w regulaminie jest napisane 90km, a my przejeżdżamy 77km, kolejnym kwasem było puszczenie peletony po uliczkach w ruchu otwartym, owszem przed peletonem jechał pilot ale jak poszła ucieczka to peleton został sam i była sytuacja jak czub szedł po lewej wachlarzem na zakręcie i pojawił się samochód, ledwo chłopaki odbili, a ja byłem w szoku. To jest kpina jak na Mistrzostwa Polski Mastersów!
Lubię kolarstwo ale jak mam wybierać to zdecydowanie wolę te bezpieczniejsze kolarstwo MTB.

13-06-2010

13ty pechowy!
Najlepiej tak to ująć. Przyjechaliśmy w kolegami ok 9 do Olsztyna na maraton Czesława Langa"Skandia maraton". Chwila moment i już byliśmy zapisani mimo dużej frekwencji, torba z reklamówkami nr startowy z chipem to naprawdę bardzo dobry pomysł, gratis dostałem małego Brunoxa :-)
O 10 ruszamy na rozgrzewkę ścieżką rowerową po całkiem pagórkowatych terenach, troszkę pojeździliśmy po lesie , gdzie można było złapać lekką zadyszkę. 10:40 zaczynamy się ustawiać w sektorach, ja przycfaniakowałem wchodząc do 1 sektora ale tylko w ten sposób miałem szansę na walkę z czołowymi zawodnikami. Niestety system na Skandii nie daje możliwości startu z 2 sektora tym lepszym zawodnikom, którzy nie startowali wcześniej w tym cyklu, a to błąd bo na tej trasie nie było żadnej możliwości na dogonienie czuba z ostatniego sektora!
11 rusza dystans Grand fondo i cała plejada gwiazd maratonowych oraz mój niezmordowany kolega Piotrek Romaszewski, po 5 min ruszamy my czyli dystans Medio.
Stawka momentalnie się rozciąga ja wykorzystuje możliwości dobrej jazdy po kępach trawy przebijam się do samego czuba, jadę ok 6 open. Początek szybko singlami raz w dół raz w górę tempo bardzo mi odpowiadające. Dojeżdżamy do kałuży robi się zator, gdyż część omija ją bokiem ja widzę jak jeden przelatuje środkiem kieruje się za nim ale to raczej nie był dobry pomysł, gdyż rower zanurkował po ośki w wodzie i na podjeździe nie chciał pracować łańcuch.
Podbiegam sprintem nie tracąc do czuba nic, wsiadam i zaczynam jechać, zaczyna się sekcja błotno piaskowa i cogorsze doganiamy tyły Grand Fondo na najgorszych odcinkach.
Niesety przez jednego z takich kolarzy wyczepiamy się z kilkoma kolegami od czołowej grupy, po chwili mijam Piotra Romaszewskiego i oddalam się dość szybko goniąc czub. Trasa mocno się wypłaszcza i zaczyna się bardzo szybka jazda szutrowymi odcinkami po lesie. Grupa liczy ok 5 osób w tym mój dobry znajomy z maratonów w górach Roman Pietruszka, który raz za razem dowcipkuje ze mną. Na 15 km jest nas chyba 8 albo 9, w grupie jest 3 zawodników AGPOL TEAM GKKG, dwóch BASZTA Bytów oraz zawodnicy SELLE ITALIA BIKEWORLD.PL.


Taką grupą rozpędzamy się jeszcze bardziej lecz pracuje w niej ok 4/5 osób reszta jak zwykle udaje zmęczonych co mnie normalnie leczy! Dojeżdżamy do takiego stromego podjazdu redukuję na środek dużo wcześniej i zaczynam podjeżdżać ale łańcuch zaczyna strzelać. Zsiadam z roweru i podbiegam, wsiadam przejeżdżam przez bufet i tu następuje moja katastrofa, łańcuch strzela i spada z roweru, a ja rozkuwacz zostawiłem w torbie jak na złość!
Grupa odjeżdża po 5 min dopiero pojawiają się kolejni zawodnicy i nikt nie ma rozkuwacza więc coraz bardziej się załamuje. Wreszcie ktoś krzyczy łap(niestety nie pamiętam ani nr ani teamu) kolego baaardzo ci dziękuję za pomoc!
Czas leci wygrzebuje spinkę i wyciągam rozkuwacz rypinam zerwane ogniwo zakłądam spinkę i zakładam łańcuch na blat, w tym czasie mija mnie kolega Michał Osuch, który tego dnia miał bardzo kwaśną minę.
Coś krzyknął o pomyłce i o maratonie do bani, wsiadłem i zacząłem ich gonić ale samemu na takiej trasie tylko traciłem niż zyskiwałem. Zauważyłem, że grupa mnie dogania więc postanowiłem jechać swoje aż mnie dogonią.
Okazało się, że dogonił mnie Maciej Łuczycki wraz z kolegą z temu SELLE ITALIA BIKEWORLD.PL oraz jeszcze zawodnik TEAM WADECKI co mnie zdziwiło, gdyż to właśnie oni odjechali nam na początk jak nas przyblokowali kolarze z Grand Fondo.
Maciek się zapytał czy też się pomyliłem więc się zdziwiłem bo cały czas po strzałkach jechałem, później się okazało, ż ktoś przekręcił strzałki i duża część maratończyków zaczęła błądzić tylko czemu nasza grupa pojechała wtedy dobrze?
Postanowiłem jechać znimi i zacząłem współpracować, po jakimś czasie dogoniliśmy grupę Michała Osucha, z której jeszcze jeden zawodnik GORBUNOV Ilya z Kalingradu dołączył do nas, a reszta odpadła. Nasza piątka współpracowała cały czas i doganialiśmy następne osoby. Zauważyłem, że doganiam osoby z którymi już jechałem, co mnie bardzo pocieszało.
Końcówka to omijanie zawodników z mini, gdzie na jednej szutrowej drodze kolega z Team Wadecki trafia panią w róg i następuje mega dzwon, ja ledwo co unikam wywrotki przelatując po tylnim kole pani goniąc kolegów z Bikeworld, a za nami goni Ilya. Zostaje nas 4 poznaję już trasę powrotną na metę, zaczyna sie zjazd jadę 3 z przodu WIENSKOWSKI Tomasz i Maciej Łuczycki za mną Ilya.
Nagle Tomka znosi do kałuży(myślałem,że chciał ją przejechać) jak się okazało złapał kapcia z przodu i go wyniosło. Za nim poszedł Maciek ale udało mu się wyhamować, ja zaś pojechałem prawą ominąłem kałużę i zaatakowałem. Zaczął się stromy podjazd, jadę pierwszy mam 100m przewagi goni mnie Ilya i przed samym szczytem przechodzi.
Ma ok 10m przewagi, a ja ok 50 nad Maćkiem czekam na lotnisko, wpadamy dolatuję do Ilya i jadę za nim dogania nas Maciek. Ilya atakuje wyskakuje z lewej pierwszy zakręt w lewo łeb w łem, kolejny zakręt w prawo Ilya zwalnia ja po zewnętrznej dosłownie przy samych barierkach wychodzę na prowadzenie za mną na równi jest Maciek, nawrotka w lewo i ostatnia prosta mam kilka metrów przewagi Maciek walczy, ostatnie metry fniszu zabójcze wygrywam!
Podajemy sobie ręce w podziękowaniu za walkę, emocje zaczynają opadać a ja czuję, że mogło być naprawdę dobrze. Maraton skończyłem 28 miejscu open, w kat M-3 byłem 5 z czasem 2:04:25. Roman Pietruszka przewie 12 min wcześniej więc tyle mi zajęło babrania się z łańcuchem.
Podsumowując nastawiając się na szybki maraton po szutrach trafiłem idealnie, pogoda nie rozpieszczała było chyba z 14 stopni i mocno wiało, kompani super i wreszcie mogłem się przespać w aucie, gdyż nie musiałem prowadzić.

08-06-2010

W niedzielę 6 czerwca odbyła się kolejna edycja LegiaMTBMaraton, która znajdowała się w przeuroczej wioseczce Szumowo. Sama trasa była na początku bardzo szybka ale wystarczyło kilka odcinków po piaszczystych górkach by grupa się podzieliła.


Od samego początku tempo dyktowali Radek Rękawek i Irek Gruszczyński, którzy w towarzystwie jeszcze dwóch kolarzy oddalali się od reszty. Druga grupa to kilku zawodników w tym kolega z teamu Daniel Pepla i trzecia grupa to kolega z WKK Marcn Michalczewski, Artur Mioduszewski i ja, a za nami goniący Artur Pelucha z Andrzejem Jastrzębskim i jeszcze jednym kolegą z WKK.
Tak mniej więcej wyglądały czołowe grupki ale teraz coś o tej mojej. Mocno pracował kolega z WKK, Marcin i ja, zaś Artur udawał jak się później okazało mocno zmęczonego :-(
Nasze mocne tempo owocowało dościganie kolejnych zawodników, którzy dusili się tym mocnym początkowym tempem i już za pierwszym bufetem jechaliśmy w 8 albo i 9. Na pierwszym mocnym podjeździe pod najwyższą górę na mazowszu lekko odejechał zawodnik w WKK i ja. Na szczycie dogoniliśmy jeszcze Piotra skarżyńskiego w WKK, który też już ledwo zipał. Na zjeździe wszyscy się zjechaliśmy i zaczęła się mocna współpraca. Praktycznie taka grupka ok 11/12 kolarzy jechała razem do momentu pojawienia się kolein.
Tu na moje nieszczęście jadący przedemną Piotrek Skarżyński traci kontrolę w koleinie i o mało co się nie przewraca, a ja by nie wywinąć fikołka ostro hamuje i podpieram się nogą tak niefortunnie, że noga sztywnieje mi od skurczu i nie mogę jej wogóle zgiąć. Widzę tylko jak grupa mi odjeżdża,a ja stoję jak ta sierota nie mogąc nic zrobić.
Po chwili wyjąc z bólu zginam nogę i jakoś wsiadam na rower zrezygnowany, dogonia mnie Łukasz Pelucha i Daniel Pepla, którzy pomylili trasę. Niestety tempo Łukasza nie pozwoliło mi na taką jazdę z bolącą nogą i odpadam, a Daniel rezygnuje z walki i jedzie już spokojnie. Ja staram się gonić Łukasza lecz jadę coraz wolniej i za chwilę dogania mnie Adam Ostrowski, który też jechał z Daielem i Łukaszem.
Adam widać jeszcze miał dużo siły bo pogonił za Łukaszem i zostawił mnie na piaskach, po których nie cierpię jeździć. Na tym 200m podjeździe straciłem chyba z 2min idąc zamiast jadąc. Praktycznie ostatni odcinek jechałem już sam swoim tempem i dojechałem 16 open i 6 w sojej kat z czasem 2:22:22.
Ostatnie trzy tyg to był czas na leczenie barku przez co praktycznie dwa tyg miałem wyłączone z treningu i w ostatnim coś tam potrenowałem ale jak wiecie pogoda też nie rozpieszczała.
Na szczęście trudy maratonu oraz nie zbyt dobry wynik umiliły mi moje kochane kobietki Kasia i Natalcia. To była naprawdę dobra okazja do obcowania z wiejską naturą wspólnie z rodzinką :)


Foto Marcin Górajec i Anna Witkowska

18-05-2010

16 maja odbyła się druga edycja maratonów LegiaMTBMaraton. Tym razem startowaliśmy w okolicach Białegostoku, a dokładnie w Dobrzyniewie Dużym. Wioseczka urokliwa jak wszystkie okolice w tamtych rejonach. Naprawdę dech zapierające stare domostwa i przepiękne lasy. Niestety do tej pory te tereny jakoś mi nie służyły i zawsze wracałem z tych rejonów zdegustowany swoimi osiągnięciami ale teraz miało się to zmienić.
W składzie Ania(naczelny fotograf Legii), Roman, Daniel(obaj grupa kolarska FAAC), Piotrek i ja z Legionu o 7 wyruszyliśy do Dobrzyniewa. 9:45 jesteśmy na miejscu, potwierdzenie startu i już idziemy się szykowac do rozgrzewki. Jeszcze tylko przypinanie numeru, smarowanie nóg maścią i możemy jechać na rozgrzewkę.
Tu zaczyna się mój dramat na rozgrzewce noga się kręci jak trzeba, na podjeździe jest ok. Przychodzi zjazd, omijam jedną kałużę na zakręcie i ucieka mi przednie koło. Zaliczam glebę tak niefortunną, że udeżam bardzo mocno lewym barkiem o ziemię.
Pierwsza myśł, koniec sezonu, ból jak nie wiem co, aż mi się biało w oczach zrobiło. Nie moge ruszyć ręką, a do startu zostało 20 min. Siedzę na ziemi i dochodzę do siebie zaczynam ruszać barkiem więc nie jest najgorzej, chyba jednak nic nie złamałem ale ból barku jest nie do zniesienia.
Po 15mn wsiadam z grymasem na rower i szybko kieruje się na star,t gdzie nie mam czasu na rozmyślanie o tym co się stało. Ból strasznie ostudził moją chęć do walki i już na starcie raczej walczyłem z myślami aby się nie wywalić niż walczyć.
Od początku mocne tempo dyktowali Piotrek Skarżyński i Daniel Pepla, który w lesie na jednym z podjazdów rozerwał stawkę. Ja bez walki właśnie tam strzelam i zostaję zupełnie sam. Rywale odjeżdżają, a ja nie mam chęci ani możliwości na gonitwę.
Nie mogę jechać na stojący, gdyż boli mnie bark więc zmuszony jestem do jazdy tylko na siedząco. Na prostej widzę 300m jak Andrzej z jeszcze jednym chłopakiem uciekają mi. Zaczynam się wkurzać na tą sytuację wyrównuję oddech i przestaję myśleć o barku, biorę łyk z bidonu i ruszam w pościg.
Jadę równo na dobrej kadencji i od razu widzę poprawę, zniwelowałem stratę do Andrzeja do 50m jeszcze górka po piasku i już ich mam. Plan jest taki dojeżdżam oceniam sytuację i jak jest ok poprawiam. Widzę, że cłopak prowadzący Andrzeja jest ujechany więc od razu z zapleców atakuję przyspieszając o 6/7km/h szybciej niż prowadzący.
Obaj siadają na koło więc postanawiam takie tempo trzymać zważywszy, że teren nie jest łatwy. Gdy się ulatwia daję sygnał do zmiany, chłopak ma już dość ale wiem, że Andrzej to doświadczony kolarz i nie da się tak łatwo. Czekam chwilę i widzę jak chłopak mocno zwalnia co daje podstawę do ataku i też tak robię.
Wychodzę na zmianę i poprawiam o 7km/h i zaczynam odjeżdżać. Obaj zostają w tyle ale na prostej czego się spodziewałem Andrzej już jest za mną. Zostajemy dwaj i wtedy zamiast powiększyć przewagę mylimy trasę tak, że wszyscy zjeżdżamy się i robota od początku.
Na szczęście pomyłka była przed bardzo sztywnym podjazdem więc nie namyślając się atakuję go tym razem na maxa i od razu uzyskuję przewagę nad nimi. Na moje szczęści teren był mocno pofałdowany co powodowało, że moja agresywna jazda jeszcze bardziej procntowała.
Myślę, że wyjeżdżając na szeroką szutrówkę mogłem mieć zysku ok 1min nad nimi, a motywacja była jeszcze większa gdyż przed sobą widziałem już następnych.
Niestety na szytrach w pojedynkę się nie zyskuje lecz traci i grupę, którą goniłem zacząłem tracić z oczu. Co gorsze nie wiedziałem jaką mam przewagę nad Andrzejem, a wiem że ten potrafi się zagiąć na takich prostych.
Trzymałem równe tempo aby nie tracić zbyt wiele i liczyłem, że jeszcze trudny teren się pojawi ale niestety do mety większa część trasy biegła po szutrach przez przepiękne lasy i wioski.
Pod koniec pojawił się cięższy teren lecz nic już nie wnosił, gdyż z przodu byli za daleko z tyłu zamajaczył mi Andrzej więc musiałem trzymać tylko swoje tempo. Liczyłem na miejsce w okolicach 8 open, a wjeżdżając na metę słyszę 5 open co mnie mocno zdziwiło. Okazało się, że Daniel z Piotrkiem pomylili trasę mocno ją skracając tak, że przyjechali o 30min za szybko. Za to dostali dyskfalifikację czasową, a ja awans o 2 oczka open i jedno w kat.
Podsumowując mimo, że bark mnie bolał przyjechałem 5 open i 2 w kat z czasem 01:58:43 tracąc do Marcina ponad 3 min. Andrzej stracił do mnie ok 1:30 co mnie cieszyło, że aż taką przewagę zyskałem na tamtym odcinku.


Droga powrotna masakra, ściana deszczu przez 100km, a w Dobrzyniewie cały czas była piękna pogoda. Co do barku w drodze powrotnej, kiedy adrenalina już opadła zaczał dawać się we znaki. Dziś byłem w szpitalu nic nie pękło ale uszkodzony mam splot mięśni odpowiadający za ruch ręki w górę. Zalecenie lekarza 2tyg ręka unieruchomiona i zero treningów. Na szczęści następne zawody są za 3 tyg. Pełne zagojenie ok 5 tyg więc zobaczymy jak to się wszystko potoczy.

09-05-2010


Dziś startowałem w maratonie Legia MTB Maraton i zaliczę tą imprezę do bardzo udanych, zajmując 3 miejsce open i 3 w kat.
Miejscowość Laski, w której znajdowało się miasteczko sportowe położone jest na skraju Kampinoskiego Parku Narodowego po którym jeździmy od tylu lat.
Trasa była nam dobrze znana ale tempo jakie sobie narzuciliśmy dało się we znaki pod koniec maratonu, gdzie zdecydowanie odczuwałem trudy wczorajszego znakowania trasy co mogło przełożyć się na odpadnięcie od kolegi z teamu.
Atmosfera, bufety ma trasie i na mecie były rewelacyjne tylko szkoda, że tak duża ilość ludzi wybiera ten przereklamowany cykl Mazovi.
Myślę, że po tym maratonie powinno się to zmienić co zwiększy znacznie frekwencję.


Foto Ania Witkowska.

08-05-2010

Dziś oznakowywałem część trasy jutrzejszego maratonu Legia MTB Maraton, który odbędzie się w Laskach. Trasa jest poprowadzona głównymi szlakami rowerowymi ale niespodzianki będą :-) Jutro też startuję w tym maratonie i zobaczymy czy dzisiejsza walka z plagą gryzących komarów podczas znakowania trasy nie odbije się na mojej formie.

26-04-2010

W tym roku po fatalnym potraktowaniu naszego teamu przez organizatorów Mazovi postanowiłem, że w tym cyklu nie będę startował!

Skupiam się na cyklach Polandbike oraz nowym cyklu LegiaMTBmaraton, wspierany przez sklepy rowerowe Legion-serwis. W jednym z nich pracuje od 8 lat :-)

Wystartowałem już w pierwszej edycji maratonów Grzegorza Wajsa Polandbike, który odbył się 2010.04.25 w Serocku. Miasteczko położone nad Zalewem Zegrzyńskim posiada walory do jazdy na rowerze oraz można tam bardzo miło spędzić czas nad wodą.
Wracając do samego maratonu rywale z tego cyklu nie zawiedli i było z kim powalczyć, w szczególności dał się we znaki Tomek Pazio, który kąsał raz za razem ale w końcówce uległ mi nieznacznie. Ten maraton, a raczej sama trasa bardzo mile mnie zaskoczyła pod względem ukrztałtowania terenu.
Miejsce 1 dedykuję mojej kochanej rodzince.





Wszelkie prawa zastrzeżone, kopiowanie i rozpowszechnianie materiałów zawartych na stronie jest zabronione.
Informacje zawarte na stronie nie stanowią oferty handlowej w rozumieniu kodeksu cywilnego.
Projekt i wykonanie: Michał Dobrzyński - Atlas